Chińscy kierowcy - wariaci za kierownicą

Bartłomiej Magierowski

„Potrafię jeździć tylko samochodami z automatyczną skrzynią” – tak powiedziała mi kiedyś 25-letnia Rinna. Nie było to zbyt szokujące, ale na pytanie, czy zdała egzamin na prawo jazdy odpowiedziała mi „nie miałam egzaminu, rodzice załatwili mi prawo jazdy”. Czasami mam wrażenie, że 99% kierowców w Chinach zdobyło ten dokument w ten sam sposób, chociaż nawet ich egzamin niczego nie oznacza, jest prostacki i aż zadziwia.

O chińskim ruchu drogowym mógłbym napisać książkę, albo nawet pracę doktorancką, ale ograniczę się do tego felietonu. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się jechać w Chinach z żadnym Polakiem (jako pasażerowie oczywiście), który nie komentowałby wariackiego ruchu ulicznego. Na przykład jadąc w nocy z małej mieściny Yancheng do Hangzhou (4 godziny) kierowca starego VW Santany cały czas używał długich świateł i oślepiał się nawzajem z kierowcami z naprzeciwka, nie mówiąc o ciągłym trąbieniu. Inny Polak chciał nawet nakręcić film w taksówce dla rodziny, bo nikt by mu nie uwierzył, jak jeżdżą kierowcy taksówek w Shenzhen. Niektórzy jeżdżą dla przyjemności, inni są profesjonalnymi kierowcami rajdowymi, jeszcze ktoś jedzie spokojnie na wakacje, a w Chinach każdy kierowca jedzie do celu i zawsze mu się spieszy.

W zasadzie, żeby bardziej uzmysłowić wszystkim, jak jeździ kierowca w państwie środka posłużę się takim mini-kodeksem drogowym, który napisałem na podstawie obserwacji ruchu ulicznego w Chinach. Wymuszanie i wcinanie się – nie ma takich pojęć, jest za to proste stwierdzenie: kto pierwszy ten lepszy! Pieszy i rowerzysta to twój największy wróg, więc albo zmuś go do ucieczki na chodnik/pobocze albo zabij jak psa. Czerwone światło? Nie oznacza niczego, jeśli jesteś odważny po prostu jedź, nic ci nie grozi. Druga metoda, z której słyną kierowcy mini-busów to objeżdżanie skrzyżowania. Jeśli na wprost masz czerwone, to skręcasz w prawo, przecinasz poprzecznie ulicę (nawet jeśli są tam pasy dla pieszych) i wyjeżdżasz prostopadle do ulicy, którą jechałeś, wystarczy wtedy skręcić w prawo i znów wracasz na trasę, a idioci czekają na czerwonym. Oprócz zasady kto pierwszy, ten lepszy jest jeszcze zasada, kto większy, ten silniejszy. Nikt raczej nie zaczyna nawet wojny z ciężarówką, ciągnikiem kontenerów, autobusem, później są auta dostawcze, osobowe, mniejsze autka, motory, motorowery, rowery i na samym końcu piesi, którzy są śmieciami na ulicy dla przeciętnego kierowcy. Większość kierowców nie wie też, co to kierunkowskaz. Przypuszczam nawet, że w chińskich autach nie ma w podstawowym wyposażeniu migaczy, trzeba je domówić chyba.

Najgorzej jednak mają piesi. Z nimi nikt się nie liczy, a zielone światło dla pieszego oznacza tyle, co nic. W czasie, gdy przechodnie przekraczają jezdnie z równoległej ulicy samochody mogą skręcać zarówno w lewo, jak też w prawo. Co prawda raczej nikt nie nadjedzie z naprzeciwka, ale z lewej i prawej zawsze. I wcale żaden kierowca nie musi ustąpić pierwszeństwa pieszemu. Sam już kilka razy zostałbym tak przejechany na zebrze, przy zielonym świetle dla pieszych. Ja rozumiem, że w Chinach jest dużo ludzi i jak oni zaczną przekraczać ulicę to już żaden samochód z miejsca nie ruszy, ale przecież nie można stosować takiego prawa dżungli na drogach, a zwłaszcza ulicach miast, wielkich metropolii. Nie każdy przywyknął do takiej samowoli drogowej, są tu przecież tysiące turystów, czy też ludzi z Europy, USA, którzy mieszkają w kraju środka na stałe. Kiedyś pewien Kanadyjczyk porównał nawet jazdę mini-busem do jazdy rollercosterem w wesołym miasteczku. Chińczycy natomiast w ogóle nie rozumieją, czym ja się denerwuję, gdy ktoś zajeżdża mi drogę, albo zatrzymuje się dziesięć centymetrów od mojej nogi. Oni sami już do tego przywyknęli. Nie widziałem, żeby jakiś kierowca wyzywał drugiego, że ten zajechał mu drogę, albo że jedzie obok niego z odstępem dwóch centymetrów, albo że cały czas trąbi jak nawiedzony.

Gdyby przyszło w Chinach pracować naszym policjantom to pewnie zatrzymali by wszystkich kierowców myśląc, że wszyscy są po prostu narąbani. Czym różni się polski pijany kierowca od trzeźwego chińskiego? Niczym... obaj ciągle zmieniają pas, nie trzymają równej prędkości, wcinają się, wymuszają pierwszeństwo, wyprzedzają jak wariaci, skręcają w lewo z prawego pasa i odwrotnie, nie korzystają z kierunkowskazów i cały czas trąbią. Chińscy policjanci nie zwracają raczej uwagi na to, że ktoś jedzie na czerwonym, albo że właśnie zmusił pieszego do odskoczenia na pobocze, to dla nich rzecz normalna, prawidłowa i wszechobecna. Interweniują tylko w czasie wypadków, albo gdy auto jest nieprawidłowo zaparkowane. W miejscowości Yangjiang widziałem nawet, jak policje fotografuje w nocy źle zaparkowane auta, ale żaden funkcjonariusz nie przejmuje się tym, że grupa pieszych nie może przejść ulicę, bo z każdej strony grożą im wariackie skutery. Raz pewien człowiek ze służby drogowej (nie policjant) próbował mnie zatrzymać po tym, jak jakiś kierowca zajechał mi drogę samochodem, jechałem na rowerze, a w mniemaniu tego mundurowego to ja przeszkadzam kierowcy, nie kierowca mi. Gdyby chińska policja egzekwowała przepisy ruchu drogowego i dawałaby mandaty za każde wymuszenie, każde objechanie skrzyżowania i przejeżdżanie na czerwonym świetle – byłaby to najbogatsza policja drogowa na całym świecie!

Może dla lepszego zobrazowania sytuacji kilka przykładów, sytuacje drogowe, które osobiście doświadczyłem. Wczoraj pewien kierowca był na tyle niecierpliwy, że podjechał na skrzyżowanie prawym pasem (tam nie było kolejki samochodów) i skręcił sobie w lewo, objechał trzy pasy na wprost (na szczęście było czerwone), objechał pieszych na pasach i zawrócił. Coś niebywałego, zawrócić w lewo na cztero-pasmowej jezdni z ostatniego, prawego pasa! Każdy, porządny kierowca w Chinach potrafi zablokować każdą, nawet najszerszą drogę i każde skrzyżowanie. Wystarczy wjechać na skrzyżowanie wymuszając pierwszeństwo, blokując jakiś autobus, albo wpychać się na środek skrzyżowania, gdy w ogóle nie ma szans na dalszą jazdę, bo przecież skoro ja stoję, to dlaczego nie zablokować tych, którzy jadą prostopadle. Już chyba dwadzieścia razy widziałem takie sytuacje, gdy wszystko jest już zablokowane oni po prostu cierpliwie siedzą w samochodzie i patrzą się na siebie nawzajem oczekując jakiegoś cudu, albo śmigłowca, który przestawi ich samochód. Kilkakrotnie byłem na środku jezdni, gdy nagle zjawiał się zza pleców (skręcający z prostopadłej drogi w lewo lub w prawo) kierowca, on wcale nie ma zamiaru się zatrzymać. Ciekawe, co ja mam robić? Teleportować się? Już kilku zmusiłem do zatrzymania się, a jeden oberwał parasolem. Innym razem w podobnej sytuacji znalazłem się z chińskim dziadkiem. Przekraczamy ulicę na pasach, a w oddali z niemałą prędkością zbliża się samochód. Zatrzymałem się, żeby zmusić go do zwolnienia i przepuszczenia mnie i dziadka, który szedł za mną. Facet rzeczywiście się zatrzymał, ale jak tylko ja przeszedłem to on ruszył zajeżdżając drogę dziadkowi. Kierowca był naprawdę dumy, że jego auto jest szybsze od kroków siedemdziesięcioletniego starca. Gdy chiński kierowca zbliża się do zatłoczonego skrzyżowania zawsze zmienia pas kilkanaście razy, aby ustawić się na tym, na którym według jego oceny ruch odbywa się najszybciej. Oczywiście wtedy najszybciej dochodzi do stłuczek. Pojazdy najczęściej jadą równolegle jednym pasem do momentu aż jeden ustąpi, często odstęp zmniejsza się do 2-5 centymetrów. Często też zdarza się, że nikt nie ustąpi i mamy efekt w postaci stłuczki i zablokowanego pasa. Na szczęście nigdy nie uczestniczyłem w żadnym wypadku, ale zdarzyło się raz, że jadąc (dość wolno) rowerem w ostatniej chwili kątem oka zobaczyłem otwierające się drzwi zaparkowanego na poboczu pojazdu. Było za późno na ucieczkę, jakiś miły kierowca w ogóle nie popatrzył i gwałtownie otworzył drzwi. Poleciałem do przodu, na szczęście skończyło się na zadrapaniach i wybitym palcu. Kierowca powiedział tylko „really sorry”. Nie chciałem się z nim kłócić czy szarpać, bo w jego mniemaniu i tak nic się nie stało, a on po prostu przyjechał z żoną i małym dzieckiem popatrzeć na morze. Miał chyba więcej szczęścia niż ja, bo gdybym był Chińczykiem pewnie już wykłócałbym się o jakieś finansowe zadośćuczynienie.

Niektórzy Polacy będąc krótko w Chinach śmieją się z wariackiego ruchu ulicznego i mówią, że mimo wszystko nie ma wypadków. To nieprawda! Wypadki są wszędzie, a stłuczki są chyba częstsze od używania kierunkowskazów w chińskich pojazdach. Osobiście przynajmniej raz w tygodniu widzę jakiś wypadek. Mistrzami są oczywiście kierowcy nielegalnych taksówek, którzy nigdy nie patrzą gdzie i jak jadą, jak się zatrzymują, byle tylko złapać pasażera, karoseriach ich aut to taki zapis wszystkich stłuczek, zarysowań i wypadków. Podobnie z mini-busami, które zatrzymują się gdziekolwiek, jeśli tylko ktoś krzyknie, że chce wysiąść. Duże autobusy wcale nie są lepsze. Najczęściej na skrzyżowaniach jakiś osobowy samochód zawsze próbuje je objechać, albo myśli, że będzie szybszy i wbija się w koło autobusu albo w tył. W wielu miasteczkach królują skutery i motory. Potrącają pieszych codziennie, oczywiście najczęściej nic poważnego, jakieś siniaki, kogoś przewrócą. Są też motory-taksówki, które dla pozyskania klienta zajadą każdemu drogę, wcisną się na każdy chodnik i pomiędzy wszelkie barierki i pachołki.

Zdrowie i życie ludzkie praktycznie się nie liczy, liczą się za to pieniądze. Po każdym wypadku, czy stłuczce zaczyna się licytacja. Niektórzy biedniejsi ludzie wcale nie martwią się, że jakiś luksusowy pojazd potrącił ich, gdy jechali na rowerze. Zawsze wykłócą się o kilkaset yuanów na nowy rower i pieniądze za stłuczoną nogę. Słyszałem nawet, że w prowincji Hunan niektórzy biedni ludzie polowali tak na wypadki, żeby ktoś ich potrącił, a później mogli wyciągnąć jakieś większe pieniądze od kierowcy. Nie widziałem tego, więc nie potwierdzę, ale przypuszczam, że jest to prawda. Przecież samochody w Chinach są niesamowicie drogie (zwłaszcza europejskie i amerykańskie marki). Kierowcy płacą na przykład 100-200 RMB za płatną autostradę, więc dlaczego by nie dać tych 200 RMB wieśniakowi, którego właśnie się potrąciło. Dla niektórych ludzi takie pieniądze wystarczają na miesiąc życia. Obie strony o tym wiedzą, kierowca nie chce kłopotów i kontaktu z policją, nie lubi też tracić czasu, a wieśniak wie, że policjant może go po prostu przegonić i jeszcze pogrozić jakąś grzywną za zakłócanie ruchu, tak więc lepiej dać się poturbować i zarobić trochę pieniędzy niż egzekwować przepisy ruchu drogowego.

Najbardziej absurdalne jest to, że na przykład kierowcy małych autobusów jadą na czerwonym świetle, taksówkarze również często śpieszą się nie patrząc na skrzyżowania, a karetki na sygnale najczęściej stoją w korkach zablokowane przeróżnymi autami, które z tej sytuacji nic sobie nie robią. I to chyba najlepiej obrazuje absurdy zasad ruch drogowego w Chinach. Zasad? Jakich zasad... tu na drogach nie ma zasad jest freestyle.


KOPIOWANIE, PRZEPISYWANIE, CYTOWANIE, PUBLIKOWANIE CAŁOŚCI LUB FRAGMENTU TEKSTU BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE!!!

Koniecznie dodaj komentarz do tego tekstu!

Autor komentarza:

Komentarz (do 250 znaków, dane obowiązkowe):

Przepisz kod weryfikacji (obowiązkowo):


Kate

komentarz z dnia 19.10.2008, godz. 17:39

Swietny artykul. Mozna sie posmiac, a co najciekawsze - taka jest rzeczywistosc :)

tenny

komentarz z dnia 29.6.2007, godz. 00:39

To jak w takim razie jeżdżą pijani kierowcy ?!?!

tokosa

komentarz z dnia 24.6.2007, godz. 14:47

chyba tam nie pojade , a mialem taki zamiar :) chce jeszcze pozyc troche :):)

Ols

komentarz z dnia 30.12.2006, godz. 22:30

Nieco przerysowane, ale generalnie tak jest.


 

 

© copyright Bartłomiej Magierowski - wszystkie prawa autorskie zastrzeżone