Chuppies - chińscy nowobogaccy

Bartłomiej Magierowski

Susan Cheng ma dwadzieścia dziewięć lat. Przymierza się do zmiany swojego citroena na nowszy i droższy samochód. Myśli też o kupnie mieszkania. Drugiego mieszkania, bo pierwsze kupiła w wieku dwudziestu sześciu lat. Gdy pytam ją, kiedy planuje kupno nowego samochodu, ciągle mówi, że nie ma czasu pojechać do salonu; pieniądze nie stanowią dla niej problemu. Susan pracuje w dużej korporacji finansowej, prywatnie gra też na giełdzie.

Coco, 28-latka z Shenzhen nie musi się martwić o domowy budżet. Jej mąż już od wielu lat handluje nieruchomościami, oboje jeżdżą nowymi BMW, ich córka chodzi do prywatnego przedszkola (kosztuje więcej niż prywatne studia w Polsce). Do niedawna Coco pomagała swojemu mężowi, teraz pracuje w innej firmie - chce być niezależna. Skarży się na brak wolnego czasu, ale jeszcze kilka miesięcy temu wybierała się regularnie ze swoją bratową do Tajlandii. Zwiedzanie? Nie, nurkowanie, bo przecież jakoś trzeba wydawać pieniądze. Sprzęt do nurkowania do najtańszych nie należy, a tym bardziej profesjonalne kursy i wypady łodziami na otwarte morze. W weekendy trudno się z nią spotkać, najczęściej wyjeżdża na wycieczki w różne zakątki Chin, przymierza się też do wyprawy po Europie. Gdy w jednej z restauracji płacę sto juanów za jedzenie, którego i tak nie mogliśmy skończyć, Coco mówi: - Ale tutaj tanio!. Nie ma też zamiaru niczego pakować na wynos (choć wiele osób tak robi). Przeciętny Chińczyk wydaje na jedzenie dziesięć do dwudziestu juanów dziennie (około pięć-osiem złotych). Coco często przekracza takie wydatki, rzadko jada w domu, najczęściej chodzi do najlepszych restauracji, nie tylko w Shenzhen - jeśli ma ochotę, zawsze może polecieć samolotem do Szanghaju. Zdarza się, że na spotkaniu z kilkoma znajomymi wydaje pięćset do tysiąca juanów (niektóre biedne wiejskie rodziny wydają tyle w ciągu całego roku). Coco nie musi się też martwić o małą córkę, bo dziewczynka przebywa z wynajętą opiekunką.

Smacznie znaczy drogo?

Młodzi Chińczycy bogacą się z dnia na dzień - pojawiło się już określenie chuppies, charakteryzujące silne, nowobogackie, niezależne i konsumpcyjne społeczeństwo Kraju Środka. Jeszcze do niedawna nie wiedzieli co to rozrywka, ich życie polegało na ciągłej pracy, stresie, zmartwieniach. Teraz w weekendy stoją w kolejkach na pola golfowe, chodzą do bardzo drogich klubów fitness, mają prywatnych trenerów, lubią też pograć w bilarda lub snookera, oczywiście wybierają najdroższe kluby. Nie muszą przesiadywać w kuchni i sprzątać mieszkania, mogą zawsze zjeść w porządnej restauracji i zlecić sprzątanie pokojówce czy służącej.

Coraz modniejsze stają się też europejskie restauracje, gdzie za najzwyklejszy stek chuppies płacą po sto-dwieście juanów. Potrafią też zapłacić pięćdziesiąt juanów za kawę w kawiarni Starbucks, albo wydać tyle samo w sieci lodziarni Haagen-Dazs. Nie chodzą do tańszych restauracji, nawet jeśli podawane tam jedzenie jest smaczne i typowo azjatyckie. Preferują wyszukane smaki i wyższe ceny. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że restauracje, które oferują po prostu drogie dania (nie zawsze smaczne), mają najwięcej klientów (zdarza się, że wieczorem trzeba wręcz czekać na stolik przed lokalem).

W Pekinie, Szanghaju, Guangzhou czy Shenzhen nikt, kto ma wypchany portfel, nie chodzi spać o dziesiątej w nocy. Noc to czas rozrywki w klubach karaoke i na dyskotekach. W tych najbardziej ekskluzywnych wydaje się w jedną noc równowartość miesięcznej pensji robotnika czy ekspedientki z supermarketu. Czasami nawet taki wydatek to mało. Czterdziestoletnia pani Yang spędza całą noc grając na pieniądze w madżonga lub w karty, czasami obstawia też konie. Nie musi pracować - dzięki planom Deng Xiao Pinga (uczynienie z Shenzhen potężnej metropolii konkurującej z Hong Kongiem) otrzymała dwadzieścia sześć mieszkań jako rekompensatę za utraconą ziemię. Teraz po prostu je wynajmuje. Miesięcznie ma z tego pięćdziesiąt tysięcy juanów (jakieś dwadzieścia tysięcy złotych). Jej córka będzie tworzyła kolejne ogniwo młodych chuppies. Oni już nigdy nie zaznają głodu, jak ich dziadkowie kilkadziesiąt lat temu.

Na bogato

Chuppies uwielbiają markowe ciuchy. Co ciekawe, wcale nie przoduje tu Adidas czy Nike. Ich rodzimy producent Li-Ning (sławny lekkoatleta) oferuje wspaniałe kolekcje sportowe, buty i sprzęt sportowy. Ceny nie są wiele niższe od światowych marek, mimo to klientów nie brakuje. Adidas, Nike i Puma projektują specjalne kolekcje przeznaczone tylko i wyłącznie dla Kraju Środka; ceny są często wyższe od tych w Polsce. Nowe centra handlowe wypełniają też luksusowe butiki światowych marek - Tommy Hilfiger, Louis Vuitton, Hugo Boss. Chińskie marki często dorównują im już cenowo i jakościowo. Dzisiaj niejedna Chinka wydaje sześćset do tysiąca juanów za sukienkę, podczas gdy jej rówieśniczka w Polsce szuka jakiś ciuchów w promocji za sześćdziesiąt złotych. Pojawiają się też perfumy z Francji (dużo droższe niż w Polsce). Klientów nie brakuje.

W przypadku elektroniki wybierają coraz częściej produkty japońskie, stawiając na jakość. Ze względu na cła, wszelkie firmowe laptopy, aparaty cyfrowe i telefony są w zasadzie droższe od tych dostępnych na polskim rynku. Mimo tego już nikt z chuppies nie szuka tanich podróbek "marki" Panascanic, teraz w firmowych salonach dostępne są telefony Sony, aparaty Canona, pralki LG, sprzęt audio JVC, telewizory Philipsa. Trudno doszukać się tam przekręconej litery w nazwie, która jeszcze kilka lat temu oszukiwała klientów. Obecnie Chińczyków w wielkich miastach stać na oryginalny sprzęt z najwyższych półek, ten sam, który oferuje się w USA i Japonii.

- Przecież my to wszystko kupimy taniej w Polsce – stwierdził pięćdziesięcioletni Mirosław, który odwiedził Shenzhen w celach biznesowych. Patrząc na ceny najlepszych odtwarzaczy mp3, markowych ciuchów (również tych chińskich), telefonów i laptopów zrezygnował całkowicie z zakupów w Chinach. Gdy zapytał ekspedientki w domu handlowym Sun Plaza o cenę zwykłych okularów przeciwsłonecznych, a ta odpowiedziała, że kosztują trzysta juanów, był zszokowany. – Trzydzieści mogę zapłacić, ale trzysta? W Chinach liczą się teraz drogie marki, co często rozczarowuje turystów z USA i Europy. Muszą oni szukać tańszych targowisk, bo nie stać ich na markowe ciuchy, perfumy i porządną elektronikę w Kraju Środka.

"Przyjaciele" wzorem dla chuppies

Wielu chuppies ma własne firmy lub uprawiają jakiś wolny zawód, niektórzy zarabiają tak dobrze, że po prostu rezygnują z pracy i kilka miesięcy odpoczywają, często podróżują. Wyjeżdżają na wczasy lub wycieczki objazdowe. Najpopularniejsze miejsca to Pekin, Szanghaj, Hangzhou, Yunnan i Guilin. Jessica zrezygnowała z pracy kilka miesięcy temu. Żyje z oszczędności, zainwestowała też w swoje hobby i ukończyła płatny kurs kosmetyczny. Niedawno wyjechała na tydzień do Yunnan, a ponieważ Chiny to wielki kraj, lata się tu samolotami, by nie tracić czasu.

Chuppies wzorują się na swoich odpowiednikach, głównie z Ameryki. Chcą tak samo jak bohaterowie serialu „Przyjaciele” przesiadywać w przyjemnej kawiarni, zmieniać pracę, jeździć na wycieczki, organizować przyjęcia i dobrze się ubierać. Chcą być modni, chcą odnosić sukces, być rekinami biznesu i przynosić dumę rodzinie. Dziennikarz Xu Lin (który sam jest chuppie) potwierdza, że wzorują się na kulturze zza oceanu i amerykańskim stylu życia: - Uwielbiamy oglądać NBA, spotykamy się w McDonaldach czy KFC. Kontynuujemy „american dream”.

Bogacenie się to chluba

Wszystko zaczęło się od reform Deng Xiao Pinga. Specjalista z Harvardu Anthony Saich przypomina słowa przywódcy: - Naszedł czas, aby dobrze prosperować. Chiny były biedne przez tysiące lat, bogacenie się to teraz chluba. Dla młodych Chińczyków, którzy uwierzyli w te słowa, nie ma rzeczy niemożliwych. Zaczynają od dobrego wykształcenia, później pierwsza praca, kolejna z lepszą pensją, w przyszłości wielka korporacja lub własny biznes. Najpierw zwykłe, przyziemne marzenia: kupić nowszy telefon komórkowy, zapracować na własnego laptopa, odłożyć na pierwszą ratę za mieszkanie, a w przyszłości – no cóż, apetyt rośnie w miarę jedzenia – kolejne mieszkanie, samochód, najlepsza szkoła dla dzieci, ekskluzywne wczasy za granicą.

Chińskie władze nadal kontynuują politykę Deng Xiao Pinga. Profesor Qiu Dong z Centralnego Uniwersytetu Ekonomii i Finansów, jednocześnie chiński deputowany Ludowego Kongresu, mówi: - Rząd Chin przywiązuje coraz większą wagę do jakości rozwoju gospodarczego niż do jego ilości. Najlepszą wizytówką tej tezy jest właśnie armia młodych, bogatych Chińczyków, którym żyje się po prostu coraz lepiej.

Sto milionów chuppies tworzy dzisiaj chińską klasę średnią. Ta liczba będzie rosnąć każdego miesiąca. Nie zajmują się polityką, nie zamartwiają się, nie rozpaczają, po prostu pracują na własny sukces. Pojawia się jednak problem, o którym na łamach "People’s Daily" mówił Wang Dongming, biznesmen z Pekinu: - Jeśli przepaść między bogatymi i biednymi będzie się powiększała, Chiny nie będą krajem stabilnym, co może się odbić na nas wszystkich. Pewne jest, że ludzi bogatych jest coraz więcej, ale wcale nie znikają armie żebraków w wielkich miastach, nie mówiąc o biednych rodzinach z prowincji i wiosek w głębi Chin. Cała nadzieja w tym, że młodzi ludzie będą zasilali szeregi chuppies, a tym samym będą pomagali swoim biedniejszym rówieśnikom czy rodzinom, które zostały gdzieś na wsi.

W Chinach mimo wszystko nie ma miejsca na narzekanie, siedzenie z założonymi rękoma. Tu jest moda na bogactwo i nawet młody robotnik marzy o własnej fabryce. W Chinach XXI wieku te marzenia mogą się ziścić.

Felieton i zdjęcia pochodzą z portalu O2.PL

[ link do publikacji prasowej lub internetowej]

KOPIOWANIE, PRZEPISYWANIE, CYTOWANIE, PUBLIKOWANIE CAŁOŚCI LUB FRAGMENTU TEKSTU BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE!!!

Koniecznie dodaj komentarz do tego tekstu!

Autor komentarza:

Komentarz (do 250 znaków, dane obowiązkowe):

Przepisz kod weryfikacji (obowiązkowo):



 

 

© copyright Bartłomiej Magierowski - wszystkie prawa autorskie zastrzeżone