Pięć osób na metr kwadratowy

Bartłomiej Magierowski

W momencie, gdy polski rząd myśli o zwiększeniu liczby narodzin, zachęca do zakładania rodziny becikowym, a od niedawna wskazuje na szkodliwość prezerwatyw, Chiny mają odwrotny problem. Populacja Chin ciągle rośnie, a nadmiar mężczyzn w stosunku do liczby Chinek jest również niepokojący i stwarza nowe problemy.

Polityka jednego dziecka dotyczy raczej biednych rodzin. To na wsi ludzie zmuszeni są poddać się aborcji lub po prostu nie otrzymują zezwolenia na potomstwo od lokalnych władz. W wielkich miastach jest inna mentalność, a dziewczyny same zgłaszają się do szpitali, aby usnąć niechcianą ciążę i kontynuować karierę w firmach handlowych, czy wielkich korporacjach. Wykształceni ludzi nie mają też problemu z dostępem do środków antykoncepcyjnych, jednak na wsi i w małych miasteczkach nie ma tej świadomości, nie istnieje praktycznie edukacja seksualna, a planowanie rodziny staje się często sprawą przypadku.

Zhang Weiqing, minister odpowiedzialny za populację i planowanie rodziny przyznaje: - Chiny w ciągu najbliższych pięciu lat spodziewają się kolejnego przyrostu liczby ludności, a pierwsze dzieci z pokolenia ‘jednego dziecka’ wchodzą właśnie w wiek reprodukcyjny, co sprawia, że jeszcze trudniej utrzymać niską liczbę narodzin. Polityka jednego dziecka przestaje już chyba działać, bo coraz więcej Chińczyków stać na opłacanie kar finansowych za kolejne dzieci. Trzydziestoletni Yao żali się, że żona chce mieć chłopca, a urodziła im się dziewczynka: - Żona chciała usunąć ciąże, gdy dowiedziała się, że będziemy mieli córkę, ale namówiłem ją, żeby tego nie robiła. Teraz chce drugie dziecko, chłopca, więc odkładam pieniądze. Sytuacja Yao nie jest wesoła, ale fabryka, w której zajmuje się sprzedażą zagraniczną prosperuje całkiem dobrze i chyba uda mu się zaoszczędzić pieniądze na kolejnego potomka. Henry Yao i jego rodzina to przykład, że polityka jednego dziecka nie sprawdza się już w kraju środka. - Taka polityka już nie pomaga, a jedynie zmienia naturę problemu - stwierdził Zhang Juwei, profesor Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, który od lat zajmuję się populacją w swojej ojczyźnie. Na każdą kobietę w Chinach przypada 1,8 noworodków. Oznacza to, że każda kobieta ma teoretycznie prawię dwójkę dzieci.

W Mężczyźni często utrzymują całą rodzinę, będąc managerem w dobrej firmie lub właścicielem własnego przedsiębiorstwa zajmują się tylko i wyłącznie rodzinnymi finansami. Wielu ludzi nie musi więc odkładać żadnych pieniędzy, bo ich status materialny pozwala im na posiadanie trójki, czwórki dzieci. Nie trudno spotkać niepracujące matki z dwójką, czy trójką dzieci, które całe dnie spędzają na zakupach lub bawiąc się z dziećmi w parku. Chinka, która chce robić karierę wcale nie musi rezygnować z macierzyństwa, często stać je na opiekunki do dzieci. Jeśli przyjmiemy, że kolejne pokolenie będzie równie zamożne i założy taką samą rodzinę nie trudno wyliczyć, że populacja kraju środka może się systematycznie zwiększać.

Shenzhen to miasto o największej migracji w całych Chinach. W ciągu ostatnich siedmiu lat populacja wzrosła z czterech milionów do dziesięciu milionów. Na metr kwadratowy przypada w Shenzhen pięciu ludzi. Dla przykładu we Wrocławiu liczba mieszkańców podwoiła się w okresie czterdziestu dwóch lat. Gdyby dwa lata temu nie uruchomiono metra w Shenzhen zapewne miasto byłoby dzisiaj sparaliżowane. Codziennie wieczorem na granicy Hong Kong - Shenzhen na taksówki czeka około dwieście osób, w kolejce trzeba czasami stać nawet godzinę. Centra handlowe, hipermarkety, targowiska stają się w każdy weekend morzem ludzi, w którym trzeba umieć się poruszać. Dlaczego nie wybrać się do parku? Tam też nie da się odpocząć od armii ludzi, zdarza się, że do parku Lian Hua Shan w Shenzhen wchodzi się w kolejce, a towarzyszą nam cały czas setki ludzi. Tłum i hałas są szczególnie męczące, ciągły pośpiech, przepychanie i nadeptywanie bez żadnych przeprosin to tutaj codzienność. Psycholog kliniczny Tatiana Ostaszewska-Mosak potwierdza, że obcowanie z tłumem męczy, ale w jakimś sensie musimy się do tego przyzwyczaić: - Generalnie nadmiar bodźców męczy nas i to bez względu na granicę wytrzymałości. A nadmiar ludzi jest także takim nadmiarem. Trzeba być czujnym , uważnym, ciągle zdolnym do szybkiego reagowania - wszak to ciągle kontakt społeczny, a dla człowieka ten rodzaj kontaktu jest wciąż najważniejszy.

W czasie chińskich świąt, takich jak Dzień Niepodległości, Święto Pracy, czy Chiński Nowy Rok pociągi, autobusy dalekobieżne, samoloty są po prostu oblegane, ludzie potrafią dwanaście godzin siedzieć i przysypiać w przejściu między siedzeniami. W tym okresie na zwykły pociąg z Shenzhen do Changshy w prowincji Hunan bilet trzeba wykupić z pięciodniowym wyprzedzeniem. Turystyczne atrakcje, znane miejscowości takie jak Pekin, Xi’an, ZhangJiaJie, Hangzhou, czy słoneczna Sanya przeżywają najazd rodzimych turystów. Tylko Chińczycy potrafią cieszyć się z takich wypraw, gdy na każdym kroku trzeba czekać w kolejkach lub przepychać się pośród tysięcy ludzi.

Hong Kong również otworzył się na turystów z Chin. Ten specjalny region administracyjny ma około siedmiu milonów mieszkańców, około sześciu osób na metr kwadratowy. Jeśli dodamy do tego turystów z Chin i miliony turystów z Europy, USA i Australii uzyskujemy niewyobrażalne liczby. W sobotnie popołudnie lepiej nie wybierać się na sławny targ w MongKok, bo trzeba tam po prostu stać w kolejkach na chodniku. Na sławnej Nathan Road przy skrzyżowaniu z Austin Road dochodzi nawet do korków ulicznych wśród przechodniów. O ile w Hong Kongu są tysiące reguł, nakazów, zakazów, które mają uporządkować ruch pieszych, o tyle w pozostałych miastach Chin człowiek jest po prostu sponiewierany przez tłum ludzi, anonimową zbiorowość, która dyktuje nam, jednostkom, gdzie mamy iść, gdzie możemy się zatrzymać i ile czasu mamy na zjedzenie obiadu, zanim ustawi się kolejka do naszego stolika. Wielu mieszkańców kraju środka przyzwyczaiło się do takiego życia, bo przecież nawet w szkole, zdarza się, że jedną klasę stanowi 50-60 uczniów. Obcowanie w takim tłumie, bycie częścią zbiorowości sprawia, że do tego życia można przywyknąć. Najlepszym przykładem jest wypowiedź pewnego taksówkarza. Trzej Polacy jadący taksówką z lotniska w Hong Kongu do hotelu usłyszeli bardzo dziwne stwierdzenie. Kierowca, rodzimy mieszkaniec tego regionu opowiadał im, że był parę lat w Kanadzie, ale nie mógł tam żyć w spokoju, ciągły pośpiech, życie na wysokich obrotach, wrócił do spokojnego (według niego) Hong Kongu.

Trzydziestoletnia Vicky, Chinka, która w tym roku wybrała się z mężem na wycieczkę objazdowa po Europie cały czas narzekała, że tam jest tak pusto. Pokazując mi zdjęcia z niemieckich miasteczek, z Brukseli, z górskich miejscowości we Włoszech wszędzie widać tylko ludzi z jej wycieczki, nikogo więcej. – Jakie to jest dziwne, wszędzie taka cisza, jakieś odludzie, pustynia, nawet w restauracji zupełna głusza, jakby nikt tam nie żył – komentowała jakby rozżalona Vicky. Jej koleżanka Liu wizytując Wrocław tak bardzo przyzwyczaiła się do tłumu ludzi, że wbiegła do pustego autobusu i szybko zajęła siedzenie, po chwili uświadomiła sobie, że w całym autobusie jest pięć osób i nie trzeba tak jak w Chinach walczyć o miejsce.

Uciążliwość życia w takim mieście daje się we znaki szczególnie gościom z zagranicy, którzy nie przywyknęli do takich tłumów. Obcokrajowcy, którzy stanowią coraz większą liczbę imigrantów w chińskich metropoliach dzielą się na dwie główne grupy. Na przykład Amerykanie mieszkający wcześniej w Nowym Jorku nie powinni mieć problemów z tłumem, z przyzwyczajeniem się do życia tutaj. Podobnie Hindusi, którzy też na co dzień żyją w ogromnych skupiskach, a ich populacja jest drugą największą na świecie. Tatiana Ostaszewska-Mosak, psycholog kliniczny tłumaczy, w jaki sposób większość ludzi radzi sobie z tłumem: - Niektórzy potrafią się do tego zdystansować, w jakiś sposób "wyłączyć", zatopić w swoim wewnętrznym świecie i nie dawać dostępu do siebie tym setkom ludzi, z którymi się stykają (i to często w bezpośredni fizyczny sposób) codziennie. Najtrudniej mają chyba obcokrajowcy, którzy do tej pory mieszkali w spokojnych, prowincjonalnych miasteczkach lub na wsi. Dla nich życie tutaj wymaga pewnego dostosowania się. Możliwe, że radzą sobie z tłumem w inny sposób, o którym mówi Tatiana Ostaszewska-Mosak: - Są także tacy, którym co prawda jakoś to przeszkadza, ale potrafią to odreagować, mają swoje sposoby na rozładowanie stresu, wyciszają się w odosobnieniu lub wśród bliskich i z nową energią mogą ruszyć w tłum. Psycholog zauważa też, że są ludzie, którzy nigdy nie radzą sobie będąc w tłumie: - Oczywiście są osoby, które reagują na takie otoczenie rozdrażnieniem, podwyższonym poziomem stresu, co może po pewnym czasie przerodzić się w agresję, frustrację, stany obniżonego nastroju lub nawet doprowadzić do depresji. Są to osoby o tak zwanej wysokiej reaktywności. Im wiele bodźców przeszkadza, szybko stają się pobudzone, co oczywiście utrudnia funkcjonowanie.

Przyrost naturalny w prowincji Guangdong wynosi 8% (w Polsce 0,03%). Jest to tylko różnica zgonów do liczby urodzin, ale weźmy jeszcze pod uwagę Chińczyków, którzy przyjeżdżają do Guangzhou i Shenzhen z całych Chin w poszukiwaniu lepszego życia, a także imigrantów z USA, Kanady, Australii, czy państw europejskich. To właśnie dlatego populacja w Shenzhen tak szybko się podwoiła. Zwiększa się też liczba zamożnych Chińczyków. Każdy z nich kupuje samochód i to właśnie dlatego w godzinach od ósmej do dziewiątej rano i około godziny osiemnastej wieczorem Kanton i Shenzhen są sparaliżowane. Jedyny ratunek to metro, ale i tam trzeba czekać w kolejce. W Szanghaju, Kantonie i Shenzhen złapanie taksówki wieczorem w centrum miasta to prawdziwy wyczyn, który wymaga czasami ryzykownego biegania między samochodami po zatłoczonych ulicach. Oba miasta łączy szybka kolej, pociągi jeżdżą co 20-30 minut, a mimo to większość z nich jest zatłoczona. – Zobacz, skąd biorą się ci ludzie? Przecież te pociągi są tak często, a tutaj jest ciągle około tysiąca ludzi w poczekalni! – Radek, który przyjechał do Kantonu na targi nie mógł uwierzyć, jak ogromna liczba ludności co kilka minut podróżuje ze stolicy prowincji Guangdong do biznesowego i nowoczesnego Shenzhen. Jadąc ruchomymi schodami na peron wyjął aparat i sfotografował morze ludzi, które go pochłonęło.

Kolejny istotny problem Chin związany z populacją to nadmiar mężczyzn. Na każde sto dziewczynek na świat przychodzi stu dziewiętnastu chłopców. W przyszłości ma to powodować większą agresję wśród mężczyzn, bo wielu Chińczyków nie będzie miało nawet szans na znalezienie partnerki i założenie rodziny, będą sfrustrowanymi samotnikami. Wszystko to jest rezultatem chińskiej mentalności, w ich mniemaniu przez lata dziewczyna była bezużyteczna dla rodziny. Prawda jest jednak taka, że niejedna młoda Chinka ma doskonale płatną pracę w wielkim mieście i wspiera rodzinę na wsi. Już teraz rząd Chin próbuje wpłynąć na mentalność ludzi, w niektórych rejonach przewidziano pomoc finansową dla rodzin posiadających córki. W przypadku narodzin syna nie można mieć już drugiego dziecka, ale gdy urodzi się córka rodzice mogą starać się o kolejnego potomka. Pojawia się jednak pytanie, czy nie jest to opóźnione działanie? Skala problemu różnic płci wydaje się być już teraz bardzo poważna.

Prognozy dotyczące populacji w kraju środka nie są zbyt optymistyczne. W 2025 roku populacja ma przekroczyć miliard czterysta milionów ludzi. Istotną rolę odegra jednak wiek ludzi. W roku 1997 na każde 100 dzieci poniżej piątego roku życia przypadało 80 osób w wieku powyżej 65 lat. W przyszłości, za dwadzieścia lat przewiduje się, że na 100 dzieci będzie przypadało 250 emerytów. Zmieni się więc struktura społeczeństwa, ludzie starsi będą stanowili większość, zmniejszy się liczba dzieci i osób w wieku reprodukcyjnym. Dopiero od tego momentu populacja Chin może się unormować.

Czytając ciekawostki o Chinach można dowiedzieć się na przykład, że gdyby wszyscy Chińczycy podskoczyli dokładnie w tym samym czasie wytrąciliby Ziemię z orbity. Nie trzeba być astronomem, aby wiedzieć, z jakimi konsekwencjami może się to wiązać. Pozostaje nam modlić się, aby mieszkańcy państwa środka nigdy nie dokonali synchronicznego skoku.

Felieton i jedno ze zdjęć pochodzą z magazynu Focus

[ link do publikacji prasowej lub internetowej]

KOPIOWANIE, PRZEPISYWANIE, CYTOWANIE, PUBLIKOWANIE CAŁOŚCI LUB FRAGMENTU TEKSTU BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE!!!

Koniecznie dodaj komentarz do tego tekstu!

Autor komentarza:

Komentarz (do 250 znaków, dane obowiązkowe):

Przepisz kod weryfikacji (obowiązkowo):


czerniakowianka

komentarz z dnia 13.3.2008, godz. 15:49

...A i na Dameishy zazwyczaj pustawo pomimo ładnej pogody :) Najgorzej wspominam Dongmen podczas Święta Pracy w zeszłym roku... chyba całe Shenzhen wyległo na zakupy! To był rzeczywiście jakiś koszmar :)

czerniakowianka

komentarz z dnia 13.3.2008, godz. 15:43

Ciekawy felietonik. Choć z tymi tłumami... nie lekka przesada? W Shenzhen odnalazłam spokój w jednym z parków - łaziliśmy po nim pół dnia i nie spotkaliśmy prawie nikogo :) Z taxi też nigdy nie było problemów... Pozdrawiam :)

xD owiec

komentarz z dnia 15.12.2007, godz. 13:05

lol, lol

kamila

komentarz z dnia 11.12.2007, godz. 17:33

interesujace

Bas

komentarz z dnia 13.9.2007, godz. 08:10

Sardynki?

Mag

komentarz z dnia 10.7.2007, godz. 17:45

Swoją drogą mam wątpliwości, czy Ty sam nie łamiesz praw autorkich. Masz licencję na WebSite PRO 4.3 i skrypty? Masz zezwolenie od Focus na publikowanie zdjęć, czy tylko ściemniasz?


 

 

© copyright Bartłomiej Magierowski - wszystkie prawa autorskie zastrzeżone