Dzienniki z Chin

Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach

Wtorek, 1 grudzień 2009 godz. 05:02

W chińskich miastach jest tak wszystko dobrze przemyślane, zaplanowane, zbudowane, jak w grze Sim City. Po sąsiedzku są salony samochodowe, nauka jazdy i od razu budują duży szpital dla przyszłych kierowców i ofiar wypadków... jak wszystko dobrze rozplanowane? Żarty, żartami, ale ślepych, niedouczonych kierowców przybywa w Chinach z dnia na dzień. Jest to chyba jedyny kraj w którym teraz sprzedaje się najwięcej nowych samochodów i żadna przyzwoita marka nie ignoruje targów w Chinach. Drogi są doskonałe, samochody bardzo przyzwoite, a ich umięjętności - brak słów.

Poniedziałek, 30 listopad 2009 godz. 01:35

Coraz więcej ludzi dochodzi do wniosku, że w Chinach najtrudniej się dogadać po angielsku. Wielu podróżników, biznesmenów czy studentów ma zawsze problemy na ulicy, w sklepach, w pociągach czy w autobusach. Niektórzy mają szczęście, że spotkają kogoś młodego, wykształconego i wówczas mogą się lepiej lub gorzej porozumieć po angielsku. Pamiętam, jak kiedyś oglądałem amerykański program w stylu reality-show: "Wyścig dookoła Świata". Para zawodników w ogóle nie mogła dogadać się z taksówkarzem (czasem nawet chiński adres nie pomaga w znalezieniu właściwego miejsca). Amerykanie byli wściekli, a taksówkarz nie rozumiał ani słowa! Ostatecznie się poddali, polegli w Chinach, odprawili taksówkę i wyrzucili plecaki krzycząc "freaking China". Sam zaobserwowałem, że w Indonezji, czy na Tajlandii spora grupa ludzi mówi po angielsku. Zdarza się, że w Afryce też można się bez problemu porozumieć. Chiny to jednak wyjątek! Zadziwia mnie tylko ilość szkół angielskiego, kursy, prywatni nauczyciele, książki, DVD, multimedia, księgarnie językowe - zastanawiam się, gdzie są efekty tego nauczania!

Wtorek, 3 listopad 2009 godz. 04:38

Mam złą wiadomość - CHINY JUŻ NAS NIE POTRZEBUJĄ! Nas, czyli zachodnich inwestorów, odbiorców towaru z Chin. Będąc ostatnio na zakupach przeraziły mnie tłumy ludzi. Nie było to żadne święto, ale w ten weekend nie dało się nawet wyjść z metra. Wielkie centra handlowe były przepełnione, nie widać tu absolutnie żadnego kryzysu. Na chodnikach musieliśmy iść gęsiego, stać w kolejce, aby gdzieś dojść w ogóle. Chińczycy kupują na potęgę bieliznę, odzież, buty, a nawet biżuterię. W sklepach z elektroniką aparaty typu Nikon D300, Canon 5D Mark II schodzą jak ciepłe bułeczki, ludzie płacą za wszystko gotówką albo kartami z bankomatu. Mało kto kupuje takie rzeczy na kredyt czy na raty. W Polsce możemy tylko pomarzyć o takiej masowej konsumpcji. Nawet piekarnia oferująca francuskie bułeczki była przepełniona, nie było tam wolnego stolika. Co jak co, ale takie bułeczki wcale nie należą do jakiś żywieniowych priorytetów Chińczyków. Po prostu w dużych miastach każdy sklep, restauracja, piekarnia, salon, księgarnia są pełne klientów. Tu nie jest tak jak w Polsce, że wszyscy chodzą, porównują ceny, analizują, zastanawiają się, a na koniec kupują taniej przez internet albo na raty. Tutaj po prostu idzie się do sklepu i robi zakupy. Co więcej, tu wcale nie jest taniej niż w Polsce. Pojawia się coraz więcej firmowych sklepów, markowej odzieży. Mała saszetka skórzana kosztuje tutaj 400-500 PLN, koszula (nawet nie bawełniana, a poliestrowa) kosztuje w takich sklepach 200-300 PLN. Zadziwia mnie ten popyt, po prostu kupują na potęgę. Ich rynek radzi sobie już doskonale bez ingerencji zachodu. Opracowali już swoje produkty, wzory, trochę skopiowali od nas, dodali coś we własnym zakresie, nauczyli się technologii i naprawdę radzą sobie doskonale. Możemy się już bać! Chiny stają się potęgą samą w sobie.

Piątek, 30 październik 2009 godz. 01:46

Byłem świadkiem nietypowej sytuacji. W małym prowincjonalnym miasteczku, w prowincji Zhejiang. Scena rozegrała się w cztero-gwiazdkowym hotelu. W holu zobaczyliśmy około piętnastu policjantów i jedną policjantkę. Weszli spokojnie na piętro, gdzie jest klub karaoke (zabawa i dziewczyny do towarzystwa). Po 10 minutach wyszli z hotelu z czterema młodymi dziewczynami. Rozmawiali przed wejściem. Pojawiła się ich opiekunka z klubu i jakiś gość, wyraźnie podirytowany, że zabrali te dziewczyny (inne nadal tam siedziały). Próbowali gdzieś dzwonić, coś wyjaśniać. Dziewczyny miały obojętne miny. Okazało się, że ostatecznie policjanci je zabrali. Co ciekawe pojechali małymi samochodzikami, bez tablic rejestracyjnych. Tak jakby policjanci zajmowali się czymś po służbie. A przyjechało ich tylu, żeby ewentualnie wyciągnąć dziewczyny siłą. Nie było wśród nich żadnego oficera, sami posterunkowi. Wynika z tego, że po prostu zabrali te dziewczyny dla jakiegoś komendanta, albo dygnitarzy, którzy się nudzą. Może też dziewczyny komuś wcześniej podpadły, ale to mało prawdopodobne. Policja tutaj jest na pewno ponad prawem. Mogą te dziewczyny zgwałcić, zabić (to czarny scenariusz) i w zasadzie nikt nic w tej sprawie nie może zrobić. Mogą je aresztować, odesłać do domu, albo zaproponować na jedną noc jakimś lokalnym dygnitarzom, którzy szukali wrażeń. Najgorsze jest to, że policja miała poważne miny i niezbyt dobre intencje. Gdyby robili to oficjalnie przyjechaliby z jakimś oficerem radiowozem, tutaj był wysłany taki policyjny gang w chińskich mikrobusach bez żadnych oznaczeń. I tak to jest z władzą w Państwie Środka - najlepiej nie wchodzić im w drogę.

Środa, 14 październik 2009 godz. 04:03

W Chinach, ludzie, którzy pracują w tak zwanej "budżetówce", czyli wszyscy urzędnicy, wojskowi, policjanci, a także dziennikarze (pełna kontrola nad mediami), czy pracownicy przemysłu energetycznego, inżynierowie, kontrolerzy... wszyscy ci pracownicy zwykle nie są zbyt zajęci, a otrzymują bardzo wysokie pensje. Już kilka razy spotkałem młodych ludzi, którzy mieli do czynienia z takim systemem pracy: zaczynają pracę kiedy chcą, bez pośpiechu, siedzą - piją herbatkę, czytają gazety, wykonują jakiś jeden raport, czy napiszą kilka zdań, 90% czasu w biurze to czas wolny. Ludzie, którzy mają chociaż odrobinę ambicji uciekają z takich miejsc. Nie chcą tych pieniędzy, nie chcą bezczynnie siedzieć. Mój znajomy uciekł z firmy zajmującej się paliwami do japońskiej korporacji, handluje podzespołami elektronicznymi, jest ambitny, ciężko pracuje, próbuje się rozwijać. On jest może wyjątkiem, ale jest cała armia ludzi, którym pasuje przesiadywanie w urzędach państwowych, uczestniczą w tym systemie, są trybikiem tej wielkiej zakłamanej machiny i w sumie im to bardzo odpowiada. Poza tym są "nietykalni", koneksje, układy, stanowiska pozwalają im wysyłać dzieci na studia za granicę, unikać odpowiedzialności za przestępstwa czy wypadki, korzystać z wielu przywilejów (samochody, paliwo, hotele, masaże, łapówki, prezenty, ubezpieczenia, mieszkania), a nawet posyłać swoich wrogów do więzienia, czy po prostu utrudniać życie innym ludziom, którzy stanęli na ich drodze. Zastanawiam się właśnie, jaki jest odsetek tych ludzi w całym społeczeństwie? Jeśli jest to wielka grupa (a domyślam się, że tak jest) to ci ludzie nigdy nie pozwolą zniszczyć czy zmienić tego systemu.

 

Udostępnij na Facebooku!

© copyright Bartłomiej Magierowski - wszystkie prawa autorskie zastrzeżone