Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Zdarza się czasami, że w chińskich pociągach promowane są jakieś produkty. Osoba z obsługi, która rozwozi płatne przekąski, napoje, obiady zatrzymuje się w wagonie i opowiada o jakimś produkcie, który chce wypromować i sprzedać. W Chinach są popularne cukierki "White rabbit", to takie twarde cukierki, mleczne. Są sławne, mają sklepy firmowe (prawie jak nasz Wedel), ale ja osobiście nie jestem ich fanem, nasze krówki o niebo lepsze! Pan z obsługi promował coś podobnego, też cukierki, ale o różnych smakach. Trwało to około 10 minut, więc jak komuś dłużyła się podróż, mógł posłuchać i dowiedzieć się ciekawych rzeczy o tych "wyjątkowych" cuksach. Na koniec był poczęstunek, pan rozdał każdemu (oprócz tych, którzy spali) po cukierku. Mi niestety trafił się otwarty cukierek. Może fabrycznie coś się nie zakleiło, jak należy, albo przy wcześniejszej prezentacji ktoś otworzył i oddał?! Nie zjadłem go i nie poznałem smaku tego cukierka! Oczywiście po prezentacji kilka osób kupiło duże paczki tych słodyczy. Przy okazji dodam jeszcze, że w Chinach uwielbiają pakować: często jest tak, że paczka żelków, cukierków czy nawet herbat - każdy pojedynczy cukierek czy porcja herbaty są jeszcze dodatkowo zapakowane. Napoje są w kubkach, na dole kartonik do trzymania, to wszystko w foliowej torebce, a całość w torebce termicznej! W Chinach pojawiły się też żelki 4D, 5D itp. Żelki w formie klocków, jak Lego, dosyć ciekawe, śmieszne. Nie tak dawno widziałem je w polskim Netto i specjalnie sprawdziłem etykiety "Wyprodukowano w Chinach dla...". Tak więc w Polsce już nie tylko chińskie herbaty, makarony, ryż, ale nawet słodycze, ciekawie...
Ostatnio dzwoniła do mnie Chinka z pewnej firmy. Rozmawiała po angielsku, dosyć uroczy, wręcz dziecięcy głos. Na koniec powiedziała po polsku "do widzenia" i dodała jeszcze dwa razy "lubi ci" - w sensie "lubię cię", tylko problem z wymową. Trochę zaskakujące i nieco dziwne. Z jednej strony fajnie, że nauczyła się kilku zwrotów, ale z drugiej - mówienie komuś, do kogo dzwoni się po raz pierwszy, że się go lubi jest dosyć dziwne. Inna sytuacja - miesiąc temu w Hangzhou spotkałem Chinkę, która studiowała w Polsce. Studiowała 3 lata i wyobraźcie sobie, że nie potrafiła odpowiedzieć na najprostsze pytania "Ile lat w Polsce?", "W jakim mieście?". Na koniec wysiliła się na "dziękuję" i "do widzenia". Domyślam się, że studiowała po angielsku, mimo wszystko będąc w Polsce 3 lata nie nauczyła się kilkudziesięciu słów? Oczywiście nie była to osoba, która ma 40 lat i 20 lat temu studiowała w naszym kraju. Wtedy, rzeczywiście można zapomnieć wielu słów i przy braku praktyki zapomnieć wszystkich zwrotów. To jednak była młoda osoba, więc bardzo się zdziwiłem. To też pokazuje, że Chińczycy bardzo często przebywają we własnym gronie nawet za granicą. Mam znajomych emigrantów, którzy mieszkają w Polsce, Niemczech, Australii, Kanadzie, - o ile są to mieszane małżeństwa, wówczas mają kontakt z lokalną kulturą, osobami z danego kraju. Jeśli jednak jest to typowa, chińska rodzina najczęściej otacza się znajomymi z Chin. Chińscy studenci też trzymają razem. Oczywiście ma to swoje plusy - są bezpieczni, mogą liczyć na pomoc, ale na pewno największy minus to unikanie innej kultury, innego języka czy nawet kulinariów z danego kraju. Są za granicą, ale tak jakby są u siebie, otacza ich chiński język, chińskie jedzenie (to akurat plus w niektórych krajach np. zamiast niemieckich wurstów chińskie makarony/pierożki), a teraz dodatkowo chiński internet/filmy/telewizja. Tak więc zdarza się, że po 2-3 letnim pobycie za granicą, oni niczego się nie uczą o danym kraju.
Spotkałem ostatnio Chińczyka pochodzącego z Mongolii wewnętrznej (prowincji Chin), który jest Chińczykiem Han (nie jest Mongołem) i powiedział mi, że nie lubi Rosjan. Trochę mnie to zdziwiło, bo oba narody bardzo się przyjaźnią; szczególnie teraz. Martwił się nawet o Polskę i pytał mnie, jak wygląda sytuacja ze schronami. Oczywiście nie wygląda dobrze. Teoretycznie wojny teraz nie będzie, chociaż w 1939 roku na pewno część osób też myślała, że wojny nie będzie. Nigdy nie wiadomo...
Zauważyłem, że wraca moda na aparaty fotograficzne, to cieszy. Widziałem jakiś czas temu duży salon Canona w Szanghaju i sporo tam klientów. Niedawno też spotkałem jakiś celebrytów i oblegał ich tłum młodych dziewczyn, większość z nich miała małe, sprytne bezlusterkowce. Historia zatoczyła koło i (przynajmniej w Kraju Środka) ludzie zrozumieli, że telefon nie służy do robienia zdjęć. Oczywiście są tutaj przeróżne smartfony i jakość tych zdjęć jest coraz lepsza, ale żaden nie będzie miał szczegółowych ustawień, które mają aparaty foto. Żaden też nie będzie miał porządnego obiektywu, możliwości dużego optycznego zoomu, bo w telefonach nie ma na to miejsca. Może w Europie też się to zmieni, ale w Chinach na pewno aparaty stają się popularne. Przede wszystkim dlatego, że bezlusterkowce są małe i lekkie, a gwarantują dużo lepsze zdjęcia od średniej lub wyższej klasy telefonów.
Chinki są naprawdę infantylne. Nawet panie, które mają już 30-40 lat kupują różnego rodzaju laleczki pluszowe, misie, żabki czy labubu. Najczęściej wieszają to przy torebkach, bagażach. Zdarzają się też różne kitki, przywieszki, breloczki do telefonów. W sumie ma to swój urok, ale w Polsce raczej rzadko spotykane.
