Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Muszę przyznać, że życie obcokrajowców w Chinach jest teraz dużo łatwiejsze. Pamiętam, gdy w latach 2004-2010 musiałem gdzieś jechać służbowo - na dworcu autobusowym lub kolejowym pojawiałem się wcześniej, żeby kupić tradycyjny bilet. Oczywiście panie w kasach nie mówiły ani słowa po angielsku. Najgorsze były komunikaty z głośników, jedynie po chińsku i wtedy niewiele z tego rozumiałem. Dodatkowo musiałem sobie zapisać po chińsku nazwę miejscowości i trzykrotnie upewnić się, że mam właściwy bilet i wsiadam do właściwego autobusu/pociągu. Wiadomo z samolotami było łatwiej, bo tam widniały napisy w wersji pinyin. Chociaż z komunikatami głosowymi po angielsku bywało już różnie. Aktualnie te wszystkie bilety można kupić w aplikacjach na smartfonie. Kiedyś szukało się taksówki, a wieczorami w takich miastach jak Shenzhen, Guangzhou czy Szanghaj nie było to łatwe. Obecnie są aplikacje ubero-podobne. Bez problemu mamy dostęp do różnych map, adresów online. Są też mapy metra, informacje na wyświetlaczach, różne automaty z językiem angielskim i ogłoszenia po angielsku, chińsku i kantońsku (w Shenzhen). Zawsze stresowałem się jadąc do mniejszej miejscowości, bo skąd miałem wiedzieć, że już do niej dotarłem? Czasami podróż miała trwać dwie godziny, a trwała trzy, ze względu na korki czy jakiś wypadek. Na szczęście większość kierowców krzyczała nazwę miasta lub przystanku. Problemy pojawiały się, gdy w jednym mieście było kilka przystanków. Ludzie używali wtedy tradycyjnych komórek, nie było kontaktu email, nie było WeChata, Whatsapp, map itd. Możecie się teraz śmiać, ale ja czasami używałem kompasu! Przydał się nawet w Bangkoku, wyznaczyłem właściwy azymut i mówiłem mojej żonie, że idziemy we właściwym kierunku. Nie byłem tylko pewien odległości, więc ostatecznie wzięliśmy taksówkę. Taksówkarz nas przepraszał, bo okazało się, że przewiózł nas 200 metrów. Aktualnie ludzie polegają na technologii, wtedy musieliśmy polegać na własnych zmysłach, wyczuciu kierunku albo kompasie. Jedyna mapa jaką miałem to była ta wydrukowana lub zapamiętana z ekranu komputera. Miało to też swój urok, bo czasem odkrywało się coś nowego, ciekawe miejsca, inne sklepy. Zdarzało się, że kogoś trzeba było zapytać o drogę i nawiązywało się jakąś krótką rozmowę. To były inne czasy, nie tak odległe, ale wiele się zmieniło.
Dużo się teraz pisze w polskiej prasie o demograficznym problemie Chin. Brakuje dzieci, zemściła się polityka jednego dziecka. Będzie brakowało rąk do pracy i przybywa ludzi starszych. Pomija się jednak dwie praktyczne kwestie. 1. Nie każda rodzina przestrzegała polityki jednego dziecka. Było wiele niezarejestrowanych dzieci. Czasami lokalni urzędnicy byli przekupieni i rejestrowali nowonarodzone dziecko, które w teorii było nielegalne. Dziwnie to brzmi, ale tak było. 2. Starsze osoby nie podlegają żadnemu obowiązkowemu systemowi emerytur czy ubezpieczeń. Tym samym to nie państwo będzie utrzymywać tych staruszków, a ich własne dzieci i wnuki. Wiele osób na to stać, tym bardziej, że życie na wsi jest stosunkowo tanie. Wiele osób sprowadza też dziadków do dużych miast. Opiekują się nimi, a dziadkowie w zamian spędzają czas z wnukami. Pozy tym "emeryci" w Chinach są dosyć aktywni: grupy taneczne w parkach, spacery, spotkania, zespoły muzyczne, a na wsi nieco hazardu - mahjong i karty. Powiecie pewnie, że starsi ludzie obciążą system opieki zdrowotnej - no właśnie też nie. Jak nie jest zapłacone z góry to w Kraju Środka nikogo się nie leczy na kredyt. Smutne, ale takie są realia i wspominałem o tym kilka razy. Moi teściowe mają emerytury, ale to dzięki składkom jakie zapłaciła moja żona i jej brat. Co śmieszne to nie były nawet jakieś duże składki. Ten system był zależny od lokalizacji i rodzaju pracy. Dziadkowie i rodzice żony byli traktowani jako pionierzy, którzy zagospodarowali niezamieszkane tereny, stąd ten przywilej emerytalny. Ten system jest dosyć złożony. Na pewno nie jest to dla budżetu Chin takie obciążenie jak ZUS w Polsce. U nas ciągle się podnosi składki i ciągle mówi o niskich emeryturach. Mamy się o co martwić na "naszym podwórku". O demografię Chin naprawdę nie musimy się tak bardzo martwić.
Od początku grudnia władze chińskie zniosły ograniczenia związane z Covid-19. Wydawało by się, że Chińczycy wybiegną na ulice i będą wyrzucali maseczki, ale jest przeciwnie. Po tak długiej izolacji dochodzi teraz do wielu zakażeń, a społeczeństwo chińskie jest przerażone. Oczywiście są grupy ludzi, którzy mają dosyć ograniczeń i cieszą się ze zmian. Jednak większość moich znajomych podchodzi do sprawy inaczej. Nie posyłają nawet dzieci do szkół. Znają wiele osób, które już są zakażone, mają wysoką temperaturę. Unikają kontaktów z innymi. Ograniczają wyjścia do minimum, na ulicach jest nadal pusto. Domyślam się, że po tak długiej izolacji teraz szaleje tam nie tylko Covid, ale też zwykła grypa i inne zakażenia górnych dróg oddechowych. Tam jest dużo ludzi, wieżowce mieszkalne mają zwykle po 30-50 pięter (ile więc osób korzysta np. z jednej windy). Nawet, gdy te wyjścia są ograniczone do minimum to i tak wiele osób ma styczność ze sobą w metrze, w autobusach, taksówkach, na granicy z Hong Kongiem itp. Ponoć wielu Chińczyków już leży w szpitalach. Wydawało się, że to będzie wielki koniec testów, szczepień, kwarantanny, ograniczeń w przemieszczaniu się itp. Niewiele się zmieniło, może poza obowiązkowymi testami. Różnica jest tylko taka, że wcześniej to władza narzucała restrykcje, a teraz obywatele w obawie przed pandemią narzucają je na siebie sami.
Kiedyś były opaski, tatuaże, później opaski elektroniczne - teraz wystarczy smartfon i można śledzić/rozpoznać więźnia. Tak właśnie działa system w Chinach. Można to określić jako nowoczesny totalitaryzm z pozornym uśmiechem. Ludzie korzystają z nowych technologii, mają tyle aplikacji, mapy, lokalizacje, opinie o restauracjach, taksówki, płatności, karty stałego klienta, bilety, wejściówki, po prostu wszystko. Pośród tego wszystkiego jest aplikacja dotycząca zakażeń Covid. Znajoma odwiedziła koleżankę. Okazało się, że w rejonie około 5km od mieszkania koleżanki wykryto przypadek Covid. Tym samym naszej znajomej zmieniono status z zielonego na żółty, co oznacza testy i podejrzenie koronawirusa. Ludzie w Chinach mają tego dosyć, a i tak wytrzymali najwięcej. Nauczeni są posłuszeństwa wobec władz i uczą tego już od przedszkola. Pisałem o tym kilka razy. Co prawda w Kraju Środka co 100 lat dochodziło do jakiejś rewolucji, powstania, ale chyba nie tym razem. Tym razem władza ma naprawdę solidną broń do walki z nieposłusznymi obywatelami. Najtragiczniejsze i ironiczne jest to, że tym narzędziem jest smartfon, który każdy dobrowolnie nosi przy sobie. Nieliczni noszą je z przymusu, bo bez niego nie ma aplikacji Covidowej, bez niego nie kupi się biletu na pociąg czy samolot. W formie buntu możesz po prostu zostać w mieszkaniu (twój smartfon też tam będzie).
Ciekawostka na dzisiaj - kobiety w Chinach zwykle nie zmieniają nazwiska po ślubie. Nie ma zwyczaju, aby przyjmować nazwisko męża. Małżeństwa o tym samym nazwisku to rzadkość w Kraju Środka, może to wynikać z przypadku jeśli już. Chyba nigdy wcześniej o tym nie wspominałem w moich Dziennikach. Co ciekawe to dzieciom można nadać też różne nazwiska np. synowi nazwisko dziadka (bo ojciec ma inne), a córce nazwisko po matce. Jeśli zestawimy imiona i nazwiska jednej rodziny to w zasadzie nikt się nie domyśli, że są spokrewnieni. Wyobrażacie sobie coś takiego (w przełożeniu na polskie realia): Janina Nowak to żona Mariusza Kowalskiego, a ich dzieci to Natalia Kwiatkowska i Jarek Kowalski.
